|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|
wtorek, 14 lutego 2012
... w starym managerze piłkarskim. Wydaje mi się, że czytałem o jakimś managerze retro (lata 70.). Istnieje coś takiego? Gdyby to były lata 20. i 30. to chętnie bym pograł ;) Na pewno czytaliście już o zarządzie komisarycznym w Glasgow Rangers. To nie pierwszy "wielki klub" (cokolwiek to znaczy), który się znalazł na krawędzi w ostatnim czasie i nie ostatnia ofiara wielkich pieniędzy w piłce (mogę się założyć). Bez przerwy na kredyt mogą żyć tylko te kluby, które mają polityczne plecy. Na marginesie: bardzo mnie rozbawiło narzekanie pewnego znanego felietonisty, że polscy magnaci/właściciele klubów nie są zbyt szczodrzy a kluby działają jakoś tak ostrożnie. Tak, polskiej piłce do sukcesów brakuje tylko rozrzutnych nowobogackich. Pierwsi zawodowcy w angielskiej piłce pochodzili ze Szkocji (to lata 70. i 80. XIX w., czyli macie prawo nie pamiętać). W Szkocji zawsze mieli głowę do interesów i nie mieli oporów przed zarabianiem kasy na kopaniu piłki (w przeciwieństwie do wielu innych krajów). Wtedy Szkoci byli awangardą, ale niedługo ich liga będzie skansenem. To za mały rynek, żeby utrzymać dwa kluby z dużymi ambicjami. Tradycja zobowiązuje, ale świat się zmienił - logika rywalizacji wymaga dzisiaj potencjału marketingowego. W tym Szkoci pewnego poziomu nie przeskoczą, mimo fajnego mitu "Old Firm Derby". Jak w tej sytuacji rywalizować z europejską konkurencją? Piłkarzom płacić trzeba te same pieniądze, co gdzie indziej, a stare źródełka już nie wystarczają. Nadzieja w bogatym, zblazowanym szejku (polskie kluby nie mają co o tym marzyć, bo nie są dość atrakcyjnymi zabawkami). Albo w zmianie filozofii działania (czyli promować młodzież, jak BVB), chociaż na to chyba już za późno. TUTAJ tekst o możliwych konsekwencjach zarządu komisarycznego u Rangersów. Najpierw zabiorą im 10 punktów, co właściwie jest bez znaczenia (spaść nie spadną, przynajmniej na razie), bo najgorsze dopiero przed nimii. Poza tym, w skrócie (komu nie chce się czytać): wszystko jest możliwe, łącznie z kompletnym upadkiem klubu. Myślę, że do tego nie dojdzie, ale pewnie sprzedadzą wszystkich wartościowych graczy, bo skąd wziąć te 60-75 milionów funtów? Na szczęście stadionu nie da się sprzedać pod mieszkaniówkę. Ktoś tam będzie musiał grać, żeby murawa nie zarosła.
poniedziałek, 17 października 2011
Kibol, pseudokibic, stadionowy bandyta, chuligan... Każde z tych określeń przegrywa z "widzołobuzem" (termin ukuty w polskiej prasie w 1949 r., ale jakoś się nie przyjął).
piątek, 27 maja 2011
Napisał do mnie czytelnik z Katowic - pan Marian Lubina. Napisał prawdziwy list (czyli odręcznie i wysłał za pomocą tradycyjnej poczty), co mnie trochę onieśmiela. Wydaje mi się, że powinienem odpisać mu w ten sam sposób. Na razie zbieram się na odwagę. Ale jedna sprawa z listu pana Lubiny koniecznie musi ujrzeć światło internetu. W książce wspomniałem o pojedynkach piłkarskich reprezentacji Katowic i Breslau, rozgrywanych pod koniec lat 20. i jeszcze na samym początku lat 30. Obie strony traktowały je bardzo poważnie. Te mecze slynęły z zaciętości. Pan Lubina słusznie zwraca uwagę na fakt, że nazywano je wówczas "kleine Länderspiele" (tj. dosłownie: "małe mecze międzynarodowe"). Pan Lubina uważa, że te spotkania były na tyle istotne, że należało podać ich wyniki, a tego nie uczyniłem. 1. FC Katowice w 1927 r. Nie wiem, jak wielu spośród tych graczy występowało w meczach przeciwko Breslau, ale podejrzewam, że sporo. Źródło zdjęcia Panie Marianie: gdyby to byla książka tylko o futbolu, to na pewno podałbym te wyniki, wspomniał o najbardziej zaciętych spotkaniach, bardziej szczegółowo opisał to, co opisane powierzchownie, poważniej potraktował statystyki itd. W ogóle długo zastanawiałem się nad tym, jak potraktować mecze towarzyskie, zwłaszcza te z udziałem drużyn klubowych. Te pojedynki miały kiedyś wysoką rangę i cieszyły się naprawdę dużym zainteresowaniem mediów i kibiców. Ostatecznie stanęło na tym, że wspomniałem o kilku, wg mnie, najciekawszych. Zresztą, poza wynikami piłkarskimi, zrezygnowałem m.in. z listy zdobywców kolarskiego Złotego Pucharu Wrocławia. A to było w dawnym Wrocławiu WYDARZENIE. Ale na wszystko po prostu nie starczyło miejsca. Tutaj nie ma ograniczeń, więc podaję wyniki "kleine Länderspiele" bezpośrednio za panem Marianem: 1925 Katowice - Wrocław 3:1 1926 Wrocław - Katowice 3:3 1926 Katowice - Wrocław 1:4 1927 Wrocław - Katowice 1:1 1928 Katowice - Wrocław 3:2 1929 Wrocław - Katowice 1:2 1930 Katowice - Wrocław 1:0 1931 Wrocław - Katowice 6:2
W 4 z tych spotkań grał ojciec pana Mariana - Paweł Lubina (na odpowiedzialnej pozycji środkowego pomocnika, oczywiście w reprezentacji Katowic). Dwa zdania z listu pana Mariana zaparły mi dech w piersi.
Dziękuję panie Marianie za świetny list. Podziękuję jeszcze raz na papierze.
sobota, 09 kwietnia 2011
Pomogła zmiana strefy klimatycznej (na chłodniejszą i pochmurną). Momenty były i działo się. Kryzys zażegnany, pożar ugaszony - Red Sox wygrali z Jankesami 9-6. DZIĘKI niesamowitej skuteczności w 2 inningu (5 punktów) i MIMO fatalnej postawy pierwszego miotacza (John Lackey) oraz MIMO drżących rąk i nieporadności w kilku akcjach w obronie. No i DZIĘKI ostatniemu miotaczowi (J. Papelbon), który w piorunujący sposób wyautował trzech Jankesów, w tym Dereka Jetera, w 9 inningu. W pojedynku z gwiazdą NYY Papelbon był bezbłędny - trzy szybkie rzuty i Jeter wrócił do swoich. Niby coś tam żartował, ale minę miał rzadką. Zimna, wilgotna wiosna w Bostonie służy Red Sox. Przypomnieli sobie, że potrafią grać w baseball. Tylko ich miotacze, z wyjątkiem Papelbona, są wyraźnie zestresowani. I nie wiem, czy np. Lackey, mimo zwycięstwa, wyluzuje się po tym meczu. Obrazek co prawda z zupełnie innych czasów, ale ilustruje uniwersalne marzenie kibiców Red Sox. Dzisiaj tak właśnie było (chociaż tylko w 2 i 9 inningu). Co nie znaczy, że jutro czy w niedzielę nie będzie odwrotnie. W tej chwili najważniejsze dla Red Sox, że seria porażek została przełamana. A na dodatek w konfrontacji z Jankesami.
czwartek, 07 kwietnia 2011
Tydzień temu rozpoczął się nowy sezon MLB - najstarszej zawodowej ligi świata. Od razu sypnęło niespodziankami. Typowani na mistrzów AL Boston Red Sox zaliczyli pięć porażek z rzędu na starcie (właśnie trwa ich kolejny mecz w Cleveland; 6 inning i ciągle 0-0). W Bostonie nie słychać jeszcze płaczu i zgrzytania zębów, ale rozlega się już niecierpliwe tupanie i głęboki pomruk niezadowolenia. Co prawda sezon w MLB jest długi, ale statystyki pokazują, że po tak kiepskim początku bardzo, bardzo trudno dostać się do play-off. Od piątku do niedzieli w Bostonie klasyk MLB i jedno z najważniejszych wydarzeń w USA, czyli seria spotkań Red Sox kontra Yankees. Ta rywalizacja aż kipi od historycznych podtekstów. Dwa przykłady (tymczasem 7 inning w Cleveland, być może Red Sox wreszcie coś ugrają, bo druga i trzecia baza zajęte; EDIT: a jednak nie; rywalom też się nie udało; nadal 0-0). W 1920 r. Red Sox sprzedali Jankesom jednego z najsłynniejszych baseballistów wszech czasów - nazywał się Babe Ruth. Niektórzy uważają, że popełnili w ten sposób największy błąd w dziejach baseballu. Od tego momentu, z Ruthem w składzie, rozpoczęła się złota era Jankesów. Kibice Red Sox do dzisiaj nie mogą tego odżałować.
Z punktu widzenia kibiców Red Sox: Ruth nawet po śmierci miał wyrzuty sumienia. W 2004 r. jego dusza zaznała wreszcie spokoju. W finale AL Yankees prowadzili już 3-0 (w serii do 4) zwycięstw, ale przegrali 3-4. Długie dzieje MLB nie widziały takiego cudu. Może Ruth maczał w tym palce? W każdym razie kibice Jankesów do dziś czerwienią się ze wstydu na wspomnienie tej serii. (A w Cleveland mała, ale ważna zmiana: Indians 1, Red Sox 0. Koniec 8 inningu; zanosi się na 6 z rzędu porażkę Bostonu). A potem Red Sox wygrali World Series (gnebiąc w nich St. Louis). Po raz pierwszy od 1918 r. Od piątku obie strony mają kolejne trzy okazje na wyrównanie rachunków z przeszłości. Dla Red Sox tym razem to większe wyzwanie, niż zazwyczaj. Jeśli polegną z Yankees, to początek sezonu będzie dla Bostonu kompletną katastrofą. A w NY będą się cieszyć, że przyłożyli do tego rękę (tymczasem w Cleveland chwila prawdy: 9 inning, dwóch Red Sox wyautowanych, ale pierwsza baza zajęta. Być albo nie być. EDIT: nie być. Red Sox przegrali do zera. Kto im kibicuje, w tej chwili ma prawo się załamać). Czy Red Sox przełamią się na Fenway Park z Jankesami?
Ps.: To była pierwsza relacja na żywo w dziejach Sphaeristerium (prosto z Cleveland). Na pewno doceniacie i czekacie na więcej. |