Historia i marginesy sportu
Blog > Komentarze do wpisu

Sport w Breslau

Spędziłem przez nią kawał życia w bibliotece. Dzisiaj książka oficjalnie się ukazała.

 

 

PS.: Pierwszą recenzję napisał Czadoblog. Każdemu autorowi życzę takich recenzji. Dziękuję Panie Pawle.

poniedziałek, 21 lutego 2011, slawek.szymanski
Tagi: Breslau sport

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/02/21 15:41:05
Jestem pod wrażeniem, świetnie to wyszło. Jeszcze raz gratuluję:-)
-
Gość: saglopur, 62.87.200.13*
2011/02/23 09:40:00
Jeszcze nie czytałem ale już jestem pod wrażeniem :), książka zapowiada się świetnie, gratulacje!
-
2011/02/28 23:39:22
Ślęza, Parasol, Odra, Polonia, Polar, Muchobór, Różanka, Forza, Złotniki, Brochów, Powstańców, Olimpia, Klecina, Pawłowice, Sołtysowice. Te wrocławskie kluby można by wymienić dziś naprzeciw tamtych z Breslau, które ze świeżo wydanej książki wypisał Twój Recenzent. Choćby z tego tylko powodu, że zgłosiły one w obecnym sezonie seniorskie drużyny do rozgrywek ligowych prowadzonych przez DOZPN. Ciekawe jak ma się wielkość i aktywność tych wymienionych tutaj współczesnych klubów w porównaniu z tymi już nieistniejącymi z Breslau.

Rozumiem, że w trakcie czytania Sportu w Breslau, pojawia się to naturalne zaskoczenie i niejaki podziw dla dawnej aktywności ludzkiej, przejawiającej się w organizowaniu się w kluby i stowarzyszenia sportowe. W pierwszym rzędzie jednak doceniana jest zapewne aktywność, nie koniecznie zaś same sukcesy. Tych jak sam zauważasz, także przed wojną było jak na lekarstwo. Czy tej różnorodności i pasji nie da się mimo wszystko zauważyć i docenić także i dziś? Tym bardziej, że współczesność dostarcza nam przecież tak wiele innych, konkurencyjnych rozrywek i okazji do rywalizacji niż sama piłka nożna. Znacznie więcej propozycji niż na początku ubiegłego wieku.

Oczywiście chodzi tu głównie o tę amatorską i hobbystyczną działalność. Tę związaną raczej ze spędzaniem wolnego czasu i angażowaniem się w samo uprawianie sportu. Inną rzeczą jest kibicowanie. Na ile lokalne kluby wzbudzają wystarczające emocje, by przyciągać ludzi do dopingowania swym 'dzielnicowym' drużynom nawet na niskim szczeblu rozgrywek.
-
2011/03/01 11:13:12
W książce nie pojawiły się nazwy wszystkich klubów piłkarskich z Breslau, bo zwyczajnie nie było na to miejsca. Większość z tych, które wymieniłeś, to małe kluby osiedlowe. Przed wojną było ich jeszcze więcej. Każde osiedle miało przynajmniej jeden taki zespół. Poza tym istniało kilka większych klubów z ambicjami. Te kluby miały swoją wierną widownię, nieźle rozwiniętą infrastrukturę (jak na tamte czasy) i uczestniczyły w rozgrywkach najwyższej klasy w regionie (czyli potencjalnie miały szansę na mistrzostwo Niemiec). To były naprawdę poważne, wielosekcyjne, działające z rozmachem organizmy.


Skupmy się na futbolu. Jak to wygląda w porównaniu do powojennego Wrocławia? Chyba tylko Ślęza w latach 90. ubiegłego wieku próbowała na poważnie przełamać hegemonię Śląska. Spośród największych polskich aglomeracji Wrocław wyróżnia się tym, że miał/ma tylko jednego reprezentanta w pierwszej lidze/ekstraklasie. Czyli od dawna mamy w mieście monokulturę. Samo w sobie nie jest to niczym złym, bo "koncentracja sił i środków" to naturalny proces w sporcie (i nie tylko). W Berlinie, Wiedniu czy choćby Krakowie też nie ma już tylu klubów z ambicjami, co kilka dekad temu.

Tyle że we Wrocławiu ta koncentracja poszła o wiele dalej. I nie jestem pewien, czy wychodzi to lokalnemu sportowi na zdrowie. Miasto stawia przede wszystkim na wielkie, dobrze opakowane wydarzenia. A siły i środki skoncentrowano na piłce nożnej kosztem innych dyscyplin (np. piłki ręcznej, żeby nie szukać daleko). Rozmawiałem jakiś czas temu z panią prezes pewnego klubu kajakowego, który zajmuje się czystą rekreacją. W zeszłym roku zorganizowali np. fajne regaty w stylu retro na Odrze. Ale od lat nie mogą się doprosić o najprostszą pomoc Ratusza. Pani prezes, niewątpliwie człowiek z pasją, jest zmęczona i sfrustrowana. Inny przykład to wrocławskie kluby hokeja na lodzie (pasjonaci i amatorzy), które nie mają gdzie we Wrocławiu trenować i jeżdżą w tym celu po różnych miastach (tej zimy mogli właściwie pograć na Fosie, zamiast narzekać ;) ). Takich inicjatyw jest we Wrocławiu sporo, ale odbywają się gdzieś na marginesach życia miasta. A coroczny maraton to dla większości mieszkańców głównie poważne utrudnienie w ruchu. Dawne czasy już nie wrócą. W dawnych czasach po prostu nie wstrzymywano ruchu w czasie biegów przez miasto ;)

Doceniam oczywiście sportową aktywność dzisiejszych wrocławian :) Nie wspomniałeś np. o całej masie drużyn amatorskich grających w różnych amatorskich ligach (sam w takiej grałem jeszcze do niedawna). To świetna sprawa. Wiele osób biega, w zimie coraz więcej pojawia się w parkach czy na wałach biegaczy na nartach. Może z czasem przybierze to jakieś bardziej zorganizowane formy? Mam nadzieję. Ale dziś, nie tylko we Wrocławiu, dużo mniej ludzi uprawia sport, a sportem interesują się raczej przed TV. Lepiej chyba być kibicem Barcelony/Realu (niepotrzebne skreślić) niż jakiegoś dzielnicowego klubiku? Fajniej obejrzeć szlagier ligi angielskiej niż jakąś kopaninę na stadionie Ślęzy, prawda?

Na pewno jest mniej różnorodnie, niż 80-90 lat temu. Ale to nie znaczy, że "my teraz jesteśmy gorsi, niż oni wtedy". Po prostu świat się zmienił.

Pozdrawiam
-
2011/03/08 19:49:33
Tak, to jasne: jeżeli chodzi o ten czysto amatorski poziom to różnorodność i obfitość jest dziś jakoś tam zapewniona. Nie rozwinęły się natomiast samoistnie (i weźmy tę sprawę zupełnie na zimno) lokalne kluby zdolne konkurować ze Śląskiem. To jest chyba w dużej mierze wynik tego co działo się z Wrocławiem po Festung Breslau. Żeby rywalizować trzeba się już u zarania jakoś różnić (lub co najmniej chcieć się różnić?). A Wrocław okazał się w tej kwestii raczej zjednoczony. Odra i nasypy kolejowe najwyraźniej nie podzieliły całkowicie nowych mieszkańców. Zresztą gdyby przywołać przykłady innych polskich miast, gdzie dziś żywe są zwyczaje derbowe, to można zauważyć, że ich tradycja sięga tam często przedwojnia. Potem PRL oczywiście spłaszczył ten naturalny rozwój. Nie można też nie zauważyć przypadków, gdy w pewnych ośrodkach zaczęto faworyzować nowe, świeżo powstałe po wojnie kluby. Te zaś przedwojenne stworzyły jakiś rodzaj opozycji i rywalizacja nabrała kolorytu. Tak by się przynajmniej chciało w uproszczeniu to widzieć. A u nas zawsze liczy się tylko Śląsk. I to z obiema powyższymi łatkami: i jako ten powstały po wojnie, i jako ten faworyzowany. Cały czas mowa o sporcie zawodowym i quasi zawodowym. No bo nie ma co kryć, że to ten rodzaj sportu mamy zawsze automatycznie i ostatecznie na myśli dokonując porównań z przeszłością i innymi miastami. Twój komentarz to zresztą potwierdza i przypomina. To wokół takiego sportu koncentrują się wspomnienia i marzenia o przyszłych sukcesach. Tu dzisiaj liczy się tylko Śląsk.

I to już nie jest tylko ta klubowość i zaangażowanie ludzkie, które tak fascynuje gdy czytamy o historiach z początku ubiegłego wieku. Dzisiaj to już właśnie w dużej mierze sztuczne działanie miasta, wydającego pieniądze, których sam nie zaryzykował był żaden prywatny inwestor. Co na marginesie wg mnie świadczy o nieopłacalności interesu jako całości. Nikt chyba nie przypuszcza, ze Śląsk ma obecnie we Wrocławiu 40 tysięcy wiernych kibiców, którzy nie tylko zapełnią w takiej ilości nowy stadion na każdym ligowym meczu, ale choćby nawet co tydzień, w ten pomeczowy poniedziałek, żywo tylko dyskutują składy i przebieg spotkań: w szkole, pracy czy na forach. Nie mówiąc już o tym, że byliby gotowi spadać ze swą drużyną do drugiej ligi i wciąż dawać jej tam bezpośrednie wsparcie. Śląsk jest dziś klubem znacznie mniejszym niż nam się wydaje. Próbuje się na siłę zrobić z niego europejskiego giganta i dać mu nowe mieszkanie, na które go zapewne nie stać. Obyśmy jeszcze nie zapłakali. W tym za Oporowską. No, ale starczy tego. W końcu to blog o historii, a nie o niepewnej przyszłości.
-
2011/03/08 20:49:05
Pamiętam Ślęzę z lat 90., grającą w 2 lidze. W pewnym momencie byli o krok od awansu do 1 ligi. Mieli 6 punktów przewagi nad trzecią drużyną (chyba Sokołem Pniewy) po rundzie jesiennej, a dwie pierwsze awansowały (wtedy dawali tylko 2 punkty za zwycięstwo, więc ta przewaga była naprawdę duża). Ale na wiosnę Sokół i Warta okazały się organizacyjnie skuteczniejsze ;) Tej jesieni na Wróblewskiego waliły tłumy - stadion pękał w szwach. I żadnego kibolstwa. Dużo panów w średnim wieku z dziećmi (na Oporowskiej tacy ludzie rzadko się pojawiali, bo tam wtedy było inaczej niż dzisiaj). Ukształtował się nawet taki jakby "młyn" na Wróblewskiego - tyle że bez chamstwa i na luzie. Z czerwono-żółtymi szalikami, śpiewali sobie, bawili się i nie dawali się wciągać w jakieś środowiskowe bzdury. Przynajmniej tak to pamiętam. No i nie zapomnę nigdy Mariusza Tomzińskiego :) To był grajek! w ogóle tamta Ślęza miała mocną paczkę i przyjemnie się oglądało ich grę. Poza tym dobrze działała na mnie (do dzisiaj działa) atmosfera tamtego stadionu i jego okolic. Muszę znowu wybrać się na Ślęzę :)

Wracając do historii. Wtedy wydawało się, że układ w mieście się zmieni, bo Śląsk leciał akurat z ekstraklasy. A potem, już na wiosnę, przez chwile wydawało się, że będą derby w 1 lidze, ale Śląsk spadł, Ślęza nie awansowała i były derby w 2 lidze :)

Football fiction: co by było gdyby? Gdyby Ślęza jednak wtedy awansowała, a Śląsk spadł?

Ps.: a o Śląsk bym się nie martwił. Temu klubowi nie potrzeba 40 tysięcy wiernych kibiców. Temu klubowi potrzeba 30 tysięcy zwykłych kibiców, a oni przyjdą na nowy stadion, bo będzie nowy. A jak zobaczą widowisko, poczują atmosferę, a Śląsk będzie częściej wygrywał, niż przegrywał, to będą przychodzić. Taki ze mnie optymista.

Ps.: przypomniała mi się właśnie, chyba przez kontrast, Oporowska w czasie meczów 3 ligi z Walką Zabrze, Carbo Gliwice czy Rozwojem Katowice:) To też miało swój urok.